Dziewczyna z małego Rauris, a właściwie z Rudy Śląskiej – w Wiedniu...

Dziewczyna z małego Rauris, a właściwie z Rudy Śląskiej – w Wiedniu na Fashion Week

Jeśli jesteście ze Śląska, planujecie wyjechać w Alpy (latem, zimą – zawsze zachwycają) możecie wybrać miejsce – gdzie naklejka „godomy po naszymu” nie byłaby przesadą. Rauris mała miejscowość niedaleko Salzburga. Tu swoje miejsce znalazła Dagmara Krauss - Mayer

0
ruda śląska Dagmara Krauss - Mayer.

Jeśli jesteście ze Śląska, planujecie wyjechać w Alpy (latem, zimą – zawsze zachwycają) możecie wybrać miejsce – gdzie naklejka „godomy po naszymu” nie byłaby przesadą. Rauris mała miejscowość niedaleko Salzburga. Tu swoje miejsce znalazła Dagmara Krauss – Mayer.

Jak to się stało, że mieszkasz w Rauris. Jaką drogę musiałaś „pokonać” zanim się tu znalazłaś?

Jeśli musiałabym ująć w jednym zdaniu kwestie tego jak znalazłam się w Rauirs, to chyba najlepiej opisałoby to stwierdzenie ze to nie ja znalazłam Rauris- to Rauris znalazło mnie. I to dosłownie. Przede wszystkim nigdy nie byłam „fanką” gór, małych wioseczek alpejskich i całego tego „czaru”ośnieżonych stoków austriackich w przeciwieństwie do moich rodziców. I tak przez zupełny przypadek, głodni po godzinach szusowania na stoku w Rauris trafili do Gasthofu Andrelwirt w którym to poznali mojego przyszłego męża- Ludwiga. Zaznaczam mnie nie było z nimi( jakże by inaczej).

Zarówno mój przyszły mąż jak i siostra należą do bardzo towarzyskich osób i od razu przypadli sobie do gustu. Po powrocie do Polski, cały czas pozostawali w kontakcie. Ja studiowałam w tym czasie w Szkocji i w czasie przerwy semestralnej, po namowach rodziców pierwszy raz w życiu wybrałam się z nimi właśnie do Austrii…

Jedynym moim zadaniem było przekazanie kilku płyt CD, które moja siostra przygotowała dla mojego męża. No i tak właśnie rozpoczęła się moja historia z Rauris. Poznałam Lukiego, mojego męża,no i chyba właśnie to można nazwać przeznaczeniem.

Powiem szczerze.  Było to niewyobrażalne żebym w ogóle kiedykolwiek mogla choć pomyśleć o życiu w Austrii, w Rauris, gdzie do następnego sklepu trzeba jechać 35 km, dookoła mam tylko góry i co najgorsze, być częścią rodziny prowadzącej hotel! Nigdy! Ale jednak…

Pamiętasz Wasz początek?

Nasza historia rozpoczęła się od zwykłego, małego białego kwiatka, popularnej w Austrii szarotki. Mówi się, że gdy mężczyzna znajdzie prawdziwą miłość, ofiaruje wybrance właśnie owa Edelweiss czyli Szarotkę. Jest to zwyczaj zapoczątkowany przez cesarza Franza-Josefa, który swojej ukochanej, cesarzowej Sissi wręczył właśnie szarotkę. A jako że ja jestem szaloną fanką historii przede wszystkim monarchii Habsburgow, przez zupełny przypadek wspomniałam na pierwszym spotkaniu o tej tradycji. Ludwig ze śmiertelną powaga stwierdził, że on mi tę szarotkę do Galsgow przywiezie. Jak powiedział –  tak zrobił i dwa miesiące później pojawił się na lotnisku z malutkim kwiatem w ręce. Oczywiście byłam przekonana, że mam do czynienia jak nie z psychopatą to przynajmniej z szaleńcem. Cóż … zdobył moje serce po roku starań kursowania pomiędzy Glasgow a Rauris, całonocnych rozmowach na skypie i listach. Po skończeniu Collegu miałam przyjechać tylko na wakacje, „zobaczyć” jak to się w tym dziwnym Rauris mieszka. No i tak z wakacji zrobiło się 9 lat,wspólny hotel, dwójka dzieciaków i kot.

Rauris to nie było twoje wymarzone miejsce do życia, pamiętasz swoje pierwsze miesiące tam?

Początki w Rauris… Cóż, po 3 latach spędzonych w Londynie i Glasgow, życiu na pełnych obrotach, studiach, pracy, imprezach i kawy na wynos nagle znalazłam się w miasteczku liczącym w porywach 3 tysiące osób, z jednym pubem. Ludzie znają się tu właściwie od przedszkola, pośród krów, gór i traktorów. Nie było łatwo. Tym bardziej, że  należałam do bardzo wąskiego grona obcokrajowców (nie licząc turystów) którzy osiedli w Rauris (tak, było nas 6: ja, jeden Holender i czworo Anglików :-). Stałam się atrakcja sezonu. Najgorsze był fakt, że Ludwig pochodzi z rodziny która od pokoleń prowadzi swój hotel i jest jakby nie było „znana na mieście”. Bez języka bo oczywiście znajomość nawet perfekcyjna angielskiego była raczej nieprzydatna, w zupełnie innym środowisku i w dodatku „ze wschodu”.

„No tak pewnie o pieniądze chodzi” (słyszałam kilka razy), „pewnie o dokumenty” (jakby Polska w Unii nie była…)Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zawzięłam się, nauczyłam się języka i myślę, że mówię teraz po niemiecku lepiej niż niektórzy z Rauris( oni posługują się tylko i wyłącznie gwarą „pinzgaurisch”) Rodzice kupili mieszkanie przeprowadzając się do Rauris i rozpoczęliśmy całą rodziną nowy rozdział w życiu pod tytułem „Austria”.

No właśnie. Nie jesteś tu sama – masz przy sobie najbliższą rodzinę – to duże wsparcie?

Moja rodzina tu jest. A właściwie była, bo w 2015 roku rodzice postanowili sprzedać mieszkanie i wrócić do Polski ze względu na babcię, która niestety w wieku 78 lat była całkowicie sama. Ale mam dwie siostry które osiadły tu na stale. Jedna ma również partnera z Rauris, druga z Anglii. Brat skończył szkołę hotelarską w Bischofshofen i często przyjeżdża na sezon podszkolić umiejętności kucharskie

Wiadomo, że dopóki rodzice byli obok, było wspaniale.  Coniedzielne obiady, rosół, kluski – obowiązkowo u taty, ” kołocz” z jabłkami. Teraz jak wyjechali i ich nie mam na co dzień wiadomo jest inaczej. Już nie mogę sobie skoczyć na kawkę popołudniu tak jak kiedyś, ale nadal są siostry. Spotykamy się prawie codziennie, tworzymy naprawdę fajną „paczkę”, również ze „szwagrami”. Także część rodziny mam nadal przy sobie i to jest bardzo duże wsparcie i przede wszystkim poczucie ze mimo wszystko nie jest samym.

Austria to kraj zupełnie inny od Polski. Nie tylko inaczej wygląda, ale przede wszystkim zupełnie inaczej „zachowują się tu ludzie”. Ciężko było się przyzwyczaić?

Szczerze powiem po tych kilku latach spędzonych w Austrii mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że owszem, jest to kraj inny pod względem krajobrazowym, ludzie mówią tym innym językiem, mają inną walutę. Ale czy widzę dużą różnicę pomiędzy Polska a właściwie Śląskiem? Nie. Oczywiście jeśli chodzi o system nauki, pomoc socjalną, medyczną i tym podobne to jak najbardziej różnice są widoczne. Ale ludzie? Absolutnie nie. Czasem mam wrażenie ze jestem na Rudzie, na wireckim targu w czwartek. I tylko różnicą jest, że zamiast po śląsku mówię po „Pinzgausku” (nie było wyjścia, bez znajomości gwary byłabym zgubiona). Ten sam ” klimat”,  te same tematy pomiędzy ludźmi. Że ta sąsiadka tej sąsiadce o tamtej sąsiadce coś nagadała. I to dosłownie.

Nie wiem czy wynika to z tego, że żyjemy w małej wiosce i ludzie po prostu tacy są, zwykli, normalni, zajęci swoimi sprawami. Ale tez bardzo zorientowani regionalnie. I to u rdzennych Ślązaków tez widać. Mówimy gwarą, mamy swoje tradycje, mamy swoją historię i jesteśmy z tego dumni. I tu tez to widać. Ludzie mówią gwarą, nie usłyszy się czystego niemieckiego, dla „tutejszych” jest to niezmiernie ważne podkreślanie swojej regionalności.

Czasem słyszę od ludzi z Rauris, że naprawdę są dumni że mówię „jak oni”, że ich rozumiem. I może dlatego ja osobiście nie widzę tak wielkiej różnicy pomiędzy Rauris i Ruda Śląską. Może dlatego czuje się tak zwyczajnie i swojsko już teraz. Po 9 latach oczywiście nadal jestem „nie z Rauris”, nadal jestem przyjezdna. Ale jak to kiedyś usłyszałam od pewnej starszej pani, którą spotkałam na spacerze: „Wiesz Dagi. Ty jesteś taka nasza raurisowska”. I myślę, że w tym momencie poczułam się jak w domu, na Rudzie. Bo Rauris to już jest „w domu”.

14923154_10205991726626351_996086617_o-1

Często bywasz w Rudzie, „posługujesz” się gwarą – tęsknisz za tym miejscem? Jak na Rudę, na Śląsk – reaguje Twój mąż?

Bywam tak często jak to możliwie. A możliwie jest na pewno dwa razy w roku, kiedy mamy przerwę miedzy sezonami czyli kwiecień i listopad. Już wszyscy wiedzą, że te dwa terminy są zarezerwowane „na Rudę”. Jak nam czas pozwala to czasem jedziemy na kilka dni. Mój mąż uwielbia Rudę! Moi przyjaciele są w nim zakochani, podłapał kilka słów, z których kleci jakieś niezrozumiałe dla nikogo zdania, cały dumny z siebie. Najbardziej oczywiście uwielbia „konwersacje” z moimi dziadkami. Babcia jest święcie przekonana, że gdy będzie powoli mówić to Luki zrozumie no i tak sobie opowiadają, on po niemiecku babcia bardzo powoli po polsku… jakoś idzie. Ale generalnie jest wielkim fanem frankfuterków, Tesco na Wirku i basenu na Halembie. Zna skróty na Rudzie żeby w korku nie stać i wie gdzie tańsze Marlboro można kupić. Kupuje je oczywiście sam, przy zdziwieniu pań sprzedających. Także myślę, że on również czuje „ten klimat” i zawsze bardzo chętnie przyjeżdża.

Jesteś taką „artystyczną duszą” to pomaga czy przeszkadza w realnym życiu, prowadzeniu biznesu.

Jestem artystyczną duszą z konkretnym nastawieniem. Nigdy nie byłam typem ” bujającej w chmurach” artystki zajętej farbkami, sztaluga i tak dalej. Ja lubię działanie, konkretne projekty. I myślę, że właśnie ta moja „konkretna” część osobowości odnalazła się w tym, co aktualnie robię z mężem czyli w prowadzeniu hotelu. Wiadomo, nigdy się tego nie uczyłam, nigdy też nie miałam zamiaru tego robić. Kończąc Filozofie i Art&Design zdecydowanie nie jestem wymarzoną kandydatką na stanowisko „szefowej hotelu”. Ale chcieć to moc, tak więc jestem „artystycznym filozofem” prowadzącym hotel. A tak poważnie. Będąc z kimś, kto całe życie prowadził hotel i oczywiście wiedząc, że chcąc nie chcąc będę musiała z nim ten biznes prowadzić, musiałam gdzieś tam się ze sobą pogodzić, że niestety coś trzeba przedłożyć na coś. W moim przypadku było to właśnie zrezygnowanie z planów zostania w Szkocji i rozwijania się jako artysta (to miałam w planach). Mój mąż jest wspaniałą osobą, która wspiera mnie w wielu dziedzinach życia i wie również, że potrzebuję swojej artystycznej odskoczni. Mam to szczęście, że mogę realizować się jako wizażystka i to pozwala mi zachować balans pomiędzy pracą a pasją. Po latach tutaj złapałam oczywiście bakcyla ” hotelarstwa”, goście, ruch rezerwacje, hotel i tym podobne, ale ciesze się że mam swoją pasję, którą mogę realizować.

Skąd pomysł na makijaż w Twoim życiu? To wypadkowa wykształcenia? Jak wyglądała nauka w AOFM Makeup

A propos pasji, to właśnie jest nią makijaż. Studiując sztukę a wcześniej kończąc Liceum Plastyczne szukałam swojej drogi jako artysta. I znalazłam ją właśnie w makijażu w przemyśle fashion. Uwielbiam ten ” backstage”, klimat, pokazy mody, rozmowy z projektantami, tworzenie looku, stylizacja modelek… Bardzo często ludzie uważają robienie makijażu za kompletny nonsens. Ot co, szminka, tusz gotowe.  A jednak. Cały proces tworzenia pokazów mody na Fashion Weeks – Berlin, Mediolan, Londyn, Wiedeń- nie ma prawa bytu bez makeup artists! I to jest właśnie to co nazywam pasją. Studiując w AOFM miałam możliwość stać się częścią tego świata High Fashion i tak już zostałam .Aktualnie prowadzę kilka kursów makijażu i stylizacji w Zell am See, jeżdżę na pokazy mody i współpracuje z lokalnymi magazynami. Tak, wyrażam siebie jako artysta, właśnie w ten sposób. I to daje mi mój balans którego potrzebuję. Dziewczyna z małego Rauris, a właściwie z Rudy – w Wiedniu na Fashion Week- kolejny stereotyp obalony.

Loading Facebook Comments ...

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ